Styczeń to miesiąc czytania raportów

Wszyscy uwielbiamy raporty. Raporty o stanie kultury, o poziomie czytelnictwa, sferze audiowizualnej. Raporty na temat działalności organizacji pozarządowych, sprawozdania GUS-u.

Zamiar stworzenia raportu zazwyczaj ogłasza się przy blasku fleszy, w obecności tuzów i ministerialnych głów. Trochę gorzej (jeśli chodzi o flesze) jest z publikacją napisanych raportów. Może to i lepiej. Czasem po prostu lepiej powiedzieć: „Ciszej nad tą trumną” i zapomnieć, co się przeczytało.

Ale czasami nie da się tego zrobić. Szczególnie, gdy w ręce czytelnika wpada raport o rynku książki. Wydany POD PATRONATEM Instytutu Książki. Podkreślam patronat, bo zawsze myślałam, że jednak Instytut Książki dba o pewne standardy. Zwłaszcza, że stan rynku książki w Polsce to temat drażliwy – brak wciąż jest ustawy o książkach (która teoretycznie miałaby przypominać ustawę Langa), statystyki czytelnictwa spadają na łeb i szyję, a o sytuacji autorów nawet nie wspomnę.  Nie jest więc dobrze.

Ale nie tylko z polskim rynkiem książki jest nie najlepiej. Po lekturze  raportu „Badanie rynku książki w Polsce” jestem przekonana, że znacznie gorzej jest z polskim rynkiem pisania raportów.

Dlaczego jest źle? To ja może przytoczę kilka uwag, obserwacji i interpretacji, które znalazłam w tym jakże pasjonującym arcydziele polskiej sztuki pisania raportów.

 

1. Współcześni piraci nie mają armat:

„Media elektroniczne stanowią z jednej strony otoczenie konkurencyjne wydawnictw, a z drugiej strony są częścią tych wydawnictw. Problem mediów elektronicznych to nie tylko sprawa obiektywnej rzeczywistości rozwijających się technologii oraz nowych potrzeb czytelniczych, to także sprawa nieprawidłowości wynikających z piractwa intelektualnego. Opisu zjawiska piractwa niestety w tym opracowaniu nie będzie ze względu brak… armat.  Natomiast rok 2012 przyniósł kilka faktów, które warto zasygnalizować w celu lepszego zrozumienia otoczenia rynku książki”.

2. Ustawa o książce = księgarski KRUS

Na ankietowe pytanie o to jakimi działaniami powinna zajęć się Polska Izba Książki wydawcy odpowiedzieli:
Wznowić intensywne prace nad wprowadzeniem ustawy o książce (czy jej odpowiednikom w postaci regulacji związanych ze stałymi cenami i rabatami handlowymi) – 21,05 proc.
Lobbować na rzecz wspierania rynku księgarskiego – stosowanie preferencyjnych stawek czynszu, zwolnień podatkowych itd. – 19,30 proc.

A komentarz autora raportu w tym kontekście rzuca na kolana:

„Z odpowiedzi na jedno i drugie pytanie przebija „pretensja” do mechanizmów rynkowych. Inni wyprzedają lub stosują niskie ceny – trzeba zabronić, dać nam lokale o niskich czynszach, stosować dopłaty, stosować zwolnienia podatkowe, ustawić sztywno rabaty hurtowe, ustalić stałe ceny – to są główne postulaty. Czy są one możliwe do spełnienia? Czy ich wprowadzenie nie doprowadziłoby do nowego „KRUS-u” gdzie nowy „księgarz” (w KRUS-ie rolnik z Marszałkowskiej) w pomieszczeniu bibliotecznym o obniżonej stawce czynszu na kilku metrach miałby parę książek do sprzedania, a na kilkuset metrach hodowałby pieczarki? Polak potrafi!”

3. Rynek to rynek i chodzi o to, żeby na rynek wpływały prawa rynkowe

Trudno także nie oprzeć się logice ukrytej w takim sformułowaniu:

„Sama nazwa wskazuje, że rynek książki to jest rynek, więc należy stosować zasady rynku. Nie oznacza to, że problem rynku książki należy zostawić wyłącznie grze rynkowej, tylko regulacje powinny być też rynkowe”.

 

Całość znaleźć możecie, Drodzy Czytelnicy, tutaj:

 

http://www.pik.org.pl/upload/files/Raport%20PIK%207-11-2013%20final-final.pdf

 

A mi pozostaje  jedynie poszukać jakiegoś pustego lokalu po zamkniętej księgarni i zacząć hodować pieczarki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *