Byliście głupi. I nadal jesteście.

Ponad rok temu na łamach Gazety Wyborczej opublikowano wywiad Grzegorza Sroczyńskiego z Marcinem Królem. W wywiadzie Król mówił o braku wrażliwości, błędach transformacji. Pojawił się nawet wątek sensacyjny – otóż ma przyjść „coś”, jakiś bunt, rewolucja i jacyś „my” „możemy wisieć na latarniach”. W każdym razie wywiad wywołał dość duże poruszenie i dostarczył czytelnikom wiele emocji. A Marcin Król stał się na moment niemalże prorokiem zmiany, Kasandrą wieszczącą koniec świata jaki znamy. Co wrażliwsi byli nawet skłonni uznać, że oto tym jednym wywiadem całe niemalże zło współczesnej Polski zostało naprawione.

Minął rok. Jak się okazało wywiad zainspirował Króla do napisania książki rozliczeniowej, która miała być opowieścią o roku 1989 i latach 90-tych, o ludziach, którzy byli architektami zmian, o systemie. Powstała rzecz przedziwna, która z zapowiadanym na okładce „gorzkim obrachunkiem” nie ma jednak zbyt wiele wspólnego. Jest raczej zbiorem pretensji Króla do środowiska, nazwijmy to, solidarnościowego, wzbogaconym o filipikę przeciwko kościołowi katolickiemu, a także o kilka niechętnych stron poświęconych obecnej redakcji Tygodnika Powszechnego. Oczywiście,  Król nie zapomina także o największym (w chwili obecnej) manipulatorze – czyli o Jarosławie Kaczyńskim. Z gorzkiego obrachunku zostało więc niewiele – pretensje do Wałęsy, żal, że Bronisław Geremek nie odegrał tak ważnej (jak według Króla powinien był odegrać) roli, że Mazowieckiemu nie wyszło, bo naród był głupi i nie tylko głosował na Wałęsę, ale przede wszystkim głosował też na Tymińskiego, smutek, że w pewnym momencie doszło do rozbicia obozu solidarnościowego, że „ujawniła się najciemniejsza strona polityki, czyli całkowita niezdolność do współpracy między ludźmi, którzy jeszcze niedawno wydawali się moralnymi i politycznymi wzorami” .

Nie jest to gorzki obrachunek  i nie jest to także książka – wyznanie winy. Król wierzy w słuszność kierunku, w jaki pchnęli oni Polskę w 1989 roku. „Finanse na pewien czas zostawiono Leszkowi Balcerowiczowi. Już Mazowiecki popełnił ten błąd, że uznał sprawy gospodarczy-finansowe za osobną dziedzinę, do której nie będzie się wtrącał. Oceniać działań Leszka Balcerowicza nie potrafię. Jednak Balcerowicz, co mu pewnie odpowiadało, był zostawiony sam sobie. Zupełnie jakby finanse i gospodarka nie powinny podlegać kontroli państwa”. Ten passus chyba w najdobitniejszy sposób pokazuje, że rozliczenie, obrachunek – to ostatnia rzecz, której należałoby szukać w książce Króla. W końcu kolegów się nie ocenia, prawda? Król wprawdzie punktuje pewne zjawiska patologiczne (bo chyba tylko takim słowem można opisać całkowity brak kontroli państwa nad gospodarką w tym czasie), w żadnym jednak punkcie nie dokonuje ich krytycznej oceny, jakby zatrzymując się na poziomie „koleżeńskiego” zwrócenia uwagi kolegom, którzy trochę się zagalopowali. Balcerowicz uratował przecież nasze pieniądze – pisze wprost Król. Brakło jedynie drugiego takiego Balcerowicza, który pchnąłby polską gospodarkę do przodu.

Zresztą, powiedzmy to szczerze – książka Króla to nie jest spowiedź „nawróconego” liberała, który przestał wierzyć w wolny rynek. To wciąż jest ten sam człowiek, który załamuje ręce nad bezpłatną edukacją w Polsce. To człowiek, który o polskim wzroście gospodarczym pisze tak: „szybki rozwój gospodarczy zakrawa na cud, ale cudem nie jest, bo dokonał się dzięki pieniądzom zagranicznym, skoro krajowych nie było. Nie należy więc bezmyślnie narzekać na zdominowanie niektórych dziedzin gospodarki przez obcy kapitał. (…) Istotnie, na przykład banki są niemal wyłącznie własnością zagranicznych korporacji finansowych, ale jak mogło być inaczej?” Ten obcy kapitał, pożyczki, dzięki którym Polskę uratowano wracają u Króla nieustannie. Wprawdzie w pewnym momencie Król zaczyna zastanawiać się, jak skończy się ta rozpoczęta w 1989 roku rejterada polskiego państwa, co stanie z krajem, którego gospodarka nie podlega kontroli państwa. Ale tej swojej wątpliwości poświęca jedynie jeden akapit – przecież tyle zapewne wystarczy, by umocnić swój wizerunek jako „skruszonego”, zaangażowanego społecznie liberała. Za mało jednak, by potraktować tę uwagę serio.
Bo słowa „Byliśmy głupi” wbrew zapowiedziom i chyba także oczekiwaniom, które rozbudził wywiad (w części środowisk lewicowych) nie dotyczą całości czasów transformacji i planu Balcerowicza. Król tak naprawdę żałuje kilku rzeczy – tego, że nie znalazł się w Polsce drugi Balcerowicz, który pociągnąłby sprawy jeszcze dalej, że nastąpił podział w środowisku solidarnościowym, a panowie skoczyli sobie do gardeł no i że jednak ta nasza demokracja nie jest taką „cywilizowaną”, zachodnią demokracją jak demokracja niemiecka czy francuska.

Tym, co w lekturze książki Króla przeraża najbardziej jest poczucie bezkarności. Musieliśmy zrobić tak a nie inaczej i właściwie – to było dobre, bo mamy przecież teraz ten wzrost gospodarczy (dzięki zagranicznemu kapitałowi, oczywiście, ale przecież nie ma w tym nic złego). Reformy Balcerowicza to była konieczność, obóz solidarnościowy tak naprawdę rozbiło kilku „politycznych warchołów” (by oddać sprawiedliwość Królowi – słowa warchoł on nie używa, choć ono właściwie się samo nasuwa). Panowie zajęci wojnami na górze nie przejmowali się społeczeństwem  – i to był zdaniem Króla błąd. Ale właściwie za to wszystko – za biedę, podupadającą gospodarkę, za obywateli pozostawionych samym sobie, za układy, za manipulacje, za zatomizowane społeczeństwo – nie odpowiada nikt. Nikt nie ponosi winy, stało się tak jak się stało.

A Marcin Król? Sądząc po wywiadach obecnie przebywa na emigracji wewnętrznej. Czyta Czapskiego i Gombrowicza, medytuje nad Miłoszem, udziela wywiadów nad mizerią polskiego społeczeństwa, upadkiem kultury i społeczeństwa obywatelskiego.
Król Marcin
„Byliśmy głupi”
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne
Rok wydania: 2015

bylismy-glupi_wydczcz_1429016796

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *