Tylko nie zapomnijcie włożyć kapci. Czyli o braku przestrzeni publicznej w Polsce

Jakiś czas temu razem z grupą dzieciaków z domu kultury wybrałam się na wycieczkę do muzeum. Z powodów finansowych korzystaliśmy z publicznej komunikacji miejskiej. Dzieci karnie weszły do tramwaju, zajęły miejsca, starając się nie przeszkadzać nikomu, nie podnosić głosu, nie bujać nogami i zasadniczo zachowywać się jak podczas proszonego obiadu w Pałacu Prezydenckim. Po kilku minutach wśród pasażerów (zupełnie niezależnie od zachowania grupy) rozpoczęła się dyskusja nt. obecności dzieci – tego, że przeszkadzają, że jak wycieczka to przecież powinniśmy jechać wynajętym busem, że zajmujemy przestrzeń, że kto to widział… itp. To, że każde z dzieci i opiekunów miało wykupiony bilet uprawniający do przejazdu (podobnie jak reszta pasażerów) – nie miało najmniejszego znaczenia.

Kilka dni temu europoseł Marek Migalski porównał karmienie piersią do czynności fizjologicznych i żądał, by nie odbywało się ono publicznie. Jakiś czas temu na matki z dziećmi generujące hałas, nieporządek i chaos narzekał Profesor Mikołejko. Ostatnio na wakacyjne obyczaje tych, którzy nie ćwiczą jogi w świetle wschodzącego słońca narzekała celebrytka Agata Młynarska. Do jej głosu dołączyła także dziennikarka „Newsweeka” Anna Szulc i tak szacowny autorytet jak Dorota Zawadzka. W „Wysokich Obcasach” dyrektorka Centrum Nauki Kopernik Irena Cieślińska dała popis pogardy i przemocy w stosunku do  najsłabszego – czyli dziecka.

Te wszystkie zdarzenia łączy jedno – są one chęcią wyrugowania z przestrzeni publicznej… och, przepraszam. Napisałam „przestrzeni publicznej”? Mój błąd. Bo właściwie nie mamy w Polsce przestrzeni publicznej – mamy salony, na które pewne osoby mają prawo wstępu, a większości tam nie wpuszczamy (lub nie chcemy do niej wpuszczać). Centra miast stały się wyczyszczonymi z życia betonowymi pustyniami, w których dobrze się czuje jedynie turysta. Środki komunikacji miejskiej przypominać powoli zaczynają wnętrza samolotów – i konsekwencją tego trendu jest to, że w takim Krakowie można już w tramwaju naładować swój telefon komórkowy dzięki gniazdkom USB, ale jednocześnie bez karty bankomatowej w wielu pojazdach komunikacji miejskich nie da się kupić biletu. Placyki w centrum osiedla ozdabiają teraz tabliczki „Zakaz gry w piłkę”, „Zakaz deptania trawy”, „Zakaz hałasowania” – wszystkie de facto skierowane przeciwko dzieciom – bo jak wiadomo samochody są mniej szkodliwe od piątki dzieci ganiających za piłką. Z przestrzeni nas otaczającej znikają ławeczki osiedlowe (bo na nich siedzą i piją i przeklinają chuligani). Osiedla mają być grodzone i z ładnymi miejscami parkingowymi, bez ławeczek, krzaków i innych miejsc przyciągających tak zwany „element”. Każdy ułamek miasta grodzimy – pod plac zabaw (żeby dzieci nie wychodziły i nie przeszkadzały), pod ogródek piwny. W wielu miastach nie uświadczysz toalet publicznych, a w zamienionych w galeria handlowe dworcach prędzej kupisz latte z mlekiem migdałowym za 15,90 niż poczekasz w cywilizowanych warunkach na pociąg.

Żeby przebywać w polskich salonach (z rozpędu i przez pomyłkę wciąż uparcie nazywanych: przestrzenią publiczną) trzeba zatem spełnić szereg wymagań stawianych przez mniejszość społeczeństwa większości (bo gdy policzymy osoby niezamożne, dzieci, osoby z niepełnosprawnościami, osoby innych narodowości, osoby nieheteronormatywne, młodzież, osoby starsze i karmiące piersią matki – to okaże się, że oto większej części naszego społeczeństwa odmawia się prawa wstępu na salony). Wykluczanie? Absolutnie! Raczej rewolucja na miarę XXI wieku i demokracji liberalnej – w imię wygodnego, zdrowego, średnio zamożnego społeczeństwa centrum pozbawionego kłopotów i problemów (finansowych, zdrowotnych, wychowawczych itp.). Nasz salon ma być czysty, przyjemny, wybetonowany, europejski i pastelowy. Ma być na miarę naszego wymarzonego społeczeństwa – młodego, aktywnego, wychowanego na skandynawskim dizajnie, dość zamożnego i delikatnie pachnącego perfumą ze sklepu wolnocłowego na lotnisku. Reszta zasługuje co najwyżej na jakieś peryferie, komunikację publiczną pozbawioną klimatyzacji i reglamentowany dostęp do plaż, jezior i innych przestrzeni, w których wypoczywa kwiat naszego społeczeństwa. I pogardę – bo przecież trzeba pokazać, kto tu rządzi i jak bardzo na swoją pozycję zasługuje.

 

Tymczasem w pojęciu „przestrzeń publiczna” kryje się konieczność otwarcia tej przestrzeni dla każdego  a w związku z tym konieczność nieuchronnego konfliktu. W przestrzeni publicznej ścierają się bowiem interesy wszystkich grup społecznych, aktorów życia społecznego, dlatego jest ona także przestrzenią toczonych ad hoc negocjacji – kto gdzie zajmie miejsce, jaką rolę odegra, z kim wejdzie w tymczasowy sojusz itp. To nie jest wydzielony z naszego domu salon z wypastowaną podłogą, w którym mówimy przyciszonym głosem i karnie podczas obiadu oglądamy TVN 24, zgadzamy się wszyscy ze sobą i w którym wreszcie panuje pełna wzniosłości zgoda.

Wręcz przeciwnie. Przestrzeń publiczna powinna być przestrzenią, która nieustannie wybija nas z naszej grupy interesów, niejako zmusza do konfrontacji z innymi. Oczywiście nie mam na myśli organizowania na Placu Inwalidów w Krakowie ustawek matek z wózkami i panów z piwkami, ale prostą konstatację, że takich mamy użytkowników przestrzeni jakie grupy społeczne i naturalnym jest to, że pomiędzy nimi muszą istnieć różnice – co przekłada się potem na różne sposoby wykorzystania przestrzeni publicznej, mówienia o niej itp. Ale warunkiem KONIECZNYM do jej zaistnienia jest takie jej ukształtowanie, by była dostępna dla wszystkich – bez wyjątku.

Niestety, przysłuchując się i uczestniczą w debacie nt. przestrzeni w Polsce i zachowań w niej akceptowalnych, utwierdzam się w przekonaniu, że tak naprawdę dyskutujemy o salonie w prywatnym domu, który zamieszkuje de facto bardzo mała część społeczeństwa. I wobec tego – następnym razem opuszczając swoje mieszkanie będę pamiętała o założeniu kapci i nieprzeszkadzaniu wszystkim.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *