Witajcie w Ciężkich Czasach

Zewsząd dobiegają głosy potępienia dla czegoś, co Rafał Betlejewski nazwał „społecznym eksperymentem” czy „dziennikarską prowokacją”. Wszyscy wiemy, że nie ma to nic wspólnego z eksperymentem ani z dziennikarstwem – jest po prostu publicystycznym świństwem najgorszego sortu, nastawionym na szybki poklask. Najlepiej więc byłoby Betlejewskiego i jego „akcję” przemilczeć. Wydaje on się bowiem kierować zasadą „nieważne jak mówią, byleby mówili”, zamilczenie więc i zignorowanie go wydaje się być jedyną słuszną reakcją.

Problem polega jednak na tym, że sami sobie wychowaliśmy takich Betlejewskich, takich pseudodziennikarsko-blogerskich bohaterów, którzy piszą sążniste artykuły o tym, jak udało im się przeżyć miesiąc za najniższą krajową, takich nieustraszonych, którzy z wysokości stolicy pochylają się nad tłuszczą nieabonującą co tydzień „Newsweeka” czy „Polityki”. Pozwoliliśmy bowiem na to, że jedynym wyznacznikiem wartości człowieka okazał się sukces, a solidarność możliwa jest dziś jedynie wśród biznesmenów solidarnie rejestrujących swoje spółki na Cyprze, polityków i dziennikarzy – celebrytów „przyklejonych” do tego świata. A tym „spoza” co najwyżej oferuje się litość.

Litość, która kojarzy mi się jednoznacznie – z litością kolonialną. Zdziwienie bowiem, że ktoś może przeżyć miesiąc za najniższą krajową lub zdziwienie, że ktoś zrobi dosłownie wszystko za mglistą perspektywę pracy, przypomina mi bowiem pełne politowania zdziwienie kolonizatorów, że oto ktoś może żyć w takich „niecywilizowanych” warunkach. I poczuciem kolonialnej wyższości, że oto my jesteśmy gdzie indziej, że możemy sobie pozwolić, że nam jest lepiej.

W stosunku do tych właśnie (którzy paradoksalnie stanowią 99% społeczeństwa) „zwykłych” ludzi można pozwolić sobie na wszystko: litość, pogardę, zdziwienie. Więc sobie pozwalają ci nasi „dziennikarze”, „biznesmeni”, „politycy”. Wystarczy przejrzeć wywiady z właścicielem plajtującej Almy (stawiam wszystko, że jedynym, który wyjdzie z tego bankructwa z plusem na koncie będzie Mazgaj), z właścicielem Inpostu, wystarczy przeczytać teksty różnych naszych publicystów czy dziennikarzy bohatersko walczących z barbarzyńcami z prowincji. Domagający się godnych warunków do życia i pracy są w oczach polityków i dziennikarzy tłuszczą. Gorzej – oni są roszczeniowcami (pamiętacie, jak media pisały o lokatorach 5 godzin czekających na szansę zabrania głosu podczas Rady Miejskiej poświęconej reprywatyzacji?) Na solidarność zasługuje gnębiony podatkami właściciel firmy na Kajmanach, ale już nie sprzedawca, który właśnie zwija swój rodzinny interes, bo na jego osiedlu budują już trzeci dyskont.

Więc akcji podobnych akcji Betlejewskiego będzie więcej. Są one bowiem koniecznym elementem naszej rzeczywistości: mediów, które o nic, poza popularnością i dywidendami, nie walczą, polityków zapatrzonych w szybki zysk ze spółek państwa, nieetycznego biznesu, który rozwinął się naszym kosztem. Bo mamy dwa równoległe światy – ale podział przebiega po linii wyzyskujący-wyzyskiwany.

Ostro? Sorry, taki mamy klimat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *